Piotr Burmann


Nie jestem przypadkiem, który zawsze marzył o pracy ze zwierzętami, choć wychowywałem się w ich otoczeniu i zawsze wydawały mi się fascynujące. Można powiedzieć, że raczej byłem kimś o mentalności typowej dla ucznia klasy mat-fiz z inklinacjami lingwistycznymi. Zostałem tłumaczem naukowo-technicznym, lektorem i wpadłem w świat energetyki i dziedzin pokrewnych.

Jestem natomiast jednym z tych, którzy na swojej drodze spotkali zwierzę, które wywróciło mój świat do góry nogami, bo potrzebowało pomocy, której nie umiałem udzielić. Jednak krok po kroku - przy zachęcie i wsparciu innych zawodowych zwierzolubów - zacząłem zgłębiać świat behawiorystyki, potem dietetyki, zacząłem udzielać się jako wolontariusz w schronisku i... wpadłem po uszy, a raczje po ogon! Dzisiaj każdy dzień to dzień obcowania ze zwierzętami i inaczej już się nie da.

A po godzinach, tak już prywatnie? Prawdopodobnie nadal będę robił coś zwązanego ze zwierzętami. Gdy jednak nadejdzie już chwila na zalegnięcie w fotelu, to będzie to z książką do nauki jakiegoś języka, bo oprócz ukochanego angielskiego bardzo ciekawi mnie niemiecki, szwedzki, fiński, włoski, japoński i koreański. Do biegłości mi daleko, ale czasem bardziej liczy się sama podróż niż miejsce docelowe. Za maszyną do szycia też zasiądę na quilting lub haft, a i do warsztatu wpadę wyciąć mandalę na ploterze.