Nie jestem przypadkiem, który zawsze marzył o pracy ze zwierzętami, choć wychowywałem się w ich otoczeniu i zawsze wydawały mi się fascynujące. Można o mnie powiedzieć, że raczej byłem kimś o mentalności typowej dla ucznia klasy mat-fiz z inklinacjami lingwistycznymi. Zostałem tłumaczem naukowo-technicznym, lektorem i wpadłem w świat energetyki i dziedzin pokrewnych.
Jestem natomiast jednym z tych, którzy na swojej drodze spotkali zwierzę, a ono wywróciło mój świat do góry nogami, bo potrzebowało pomocy, której nie umiałem udzielić. Jednak krok po kroku - przy zachęcie i wsparciu innych zawodowych zwierzolubów - zacząłem zgłębiać świat behawiorystyki, potem dietetyki, zacząłem udzielać się jako wolontariusz w schronisku i... wpadłem po uszy. Dzisiaj dzień bez obcowania ze zwierzętami, to dzień stracony.
Po godzinach prawdopodobnie nadal będę robił coś zwązanego ze zwierzętami, ale gdy nadejdzie już chwila na zalegnięcie w fotelu, to będzie to z książką do nauki jakiegoś języka, bo oprócz ukochanego angielskiego bardzo ciekawi mnie niemiecki, szwedzki, fiński, włoski, japoński i koreański. Do biegłości mi daleko, ale czasem bardziej liczy się sama podróż niż miejsce docelowe.